Marsjanin

Chłopiec z zabawkami

Planetę Mars charakteryzuje bardzo rozrzedzona atmosfera, która w porównaniu z Ziemią jest około stu razy rzadsza. Inaczej mówiąc, łamiący drzewa wicher wiejący na naszej planecie, na Marsie byłby ledwie wyczuwalnym wietrzykiem. Odnosząc ten fakt do prologu najnowszego filmu Ridleya Scotta Marsjanin (The Martian, 2015), gwałtowna burza siekąca piachem i niesprecyzowanymi odłamkami w członków ekipy badającej Czerwoną Planetę w rzeczywistości nie miałaby racji bytu. To oczywiście nie jedyna naukowa niezgodność, jaką można zaobserwować w fabule, ale, jak twierdzą pracownicy NASA udzielający odpowiedzi na pytania typu „ile prawdy w Marsjaninie?” – jedyna będąca oczywistą, obrażającą inteligencję widza bzdurą. Zatem, jeżelu wierzyć naukowcom (komu, jak nie im mamy wierzyć w tej kwestii?) oto doczekaliśmy się produkcji science-fiction nie opartej na prawdziwych wydarzeniach bliskiej rzeczywistości w stopniu dotąd niespotykanym. Czytaj dalej

Wizyta

Straszny dziadunio, czyli jak Shyamalan zabawił się kosztem horroru

W kwestii straszenia odbiorców mało co sprawdza się tak dobrze, jak udawanie dokumentalnej rzeczywistości. Gdyby pokusić się o ustalenie początku tego typu narracji, zwanej powszechnie mockumentem, można by zań uznać rok 1938 i pamiętną Wojnę światów, słuchowisko Orsona Wellesa zrealizowane na podstawie powieści Herberta George’a Wellsa[1]. Słynny reżyser zaadaptował ją w nietypowy sposób, mianowicie sprowadził opowieść do formy relacji na żywo z nalotu Marsjan, czym wywołał zbiorową panikę. Współczesne przykłady mockumentu, zarówno literackie (powieść Troje Sarah Lotz), jak i audiowizualne [Blair Witch Project (1999), [Rec] (2007)] ze względu na większą świadomość odbiorcy i wszechobecną reklamę nie są w stanie wywołać podobnych reakcji, co nie zmienia faktu, że pojawianie się tego typu dzieł w szerszym obiegu budzi oczywistą ciekawość. Ale również, a w przypadku filmowych horrorów zwłaszcza, często zniechęcenie na starcie. Bo to raz słyszeliśmy, że filmowe straszaki w estetyce found footage nie mają już nic więcej ciekawego do zaoferowania? Że, cytując klasycznych widzów-malkontentów, to wszystko już było? Czytaj dalej

Kryptonim U.N.C.L.E.

Dobrego W.U.J.K.A. początki

Moda na odniesienia do szpiegowskiej klasyki w wersji light trwa. Po zabójczo groteskowym Kingsmanie (Kingsman: The Secret Service, 2015) i piątej, chociaż w dalszym ciągu świeżej odsłonie, Mission: Impossible (Mission: Impossible – Rogue Nation, 2015), w tegorocznym blockbusterowo-tajniackim repertuarze kinowym do otwarcia portfeli kusi Kryptonim U.N.C.L.E. (The Man from U.N.C.L.E., 2015). Reżyserujący go Guy Ritchie wykonał zadanie niemal karkołomne, ponieważ, ponosząc box office’ową klęskę, jednocześnie obronił się sprawnym warsztatem, twórczą świadomością i indywidualizmem. Przemyciwszy wdzięczną zgrywę z zimnowojennych wyścigów o władzę, pobawiwszy się szpiegowski teatr pełen starannie zaplanowanych scen oraz wykonawszy parę zgrabnych twistów, brytyjski reżyser w niebanalny i radosny sposób przybliżył genezę tytułowej jednostki specjalnej, zapoczątkowawszy tym samym nowy cykl filmowy. Czytaj dalej

Drugi Hotel Marigold

Hotel pogodnej starości

Drugi Hotel Marigold (The Second Best Exotic Marigold Hotel , 2015) to aktorski samograj. Zresztą trudno się dziwić, wszak odtwórcy ról emerytowanych Brytyjczyków usiłujących odnaleźć się w indyjskich realiach są legendami kina i teatru, które pozjadały zęby na scenie i mimo zaawansowanego, a nawet sędziwego wieku, nadal pozostają zawodowo aktywni. Świadomi zarówno swoich talentów, jak i słabości, artyści ci dobrze wiedzą, w jaki sposób pokazać się od jak najlepszej strony. Z opanowaną do perfekcji mimiką i pewną siebie postawą, przez dwie godziny bawią i wzruszają niejako od niechcenia, bez wysiłku, bez spinania się, wyginania czy plastikowych min, sprawiając, że kontynuacja zaskakującego przeboju sprzed czterech lat jest dokładnie tym, czego należy się spodziewać – ciepłym i optymistycznym filmem o jasnej, a nawet zabawnej stronie starości, pełnym wysmakowanego poczucia humoru. Czytaj dalej

Sierpień w hrabstwie Osage

Koszmar rodzinnego lata

Sierpień w hrabstwie Osage (August: Osage County, 2013) to jeden z tegorocznych filmowych pewniaków. Pewniaków w tym sensie, że znajdą się chętni, aby iść nań do kina, że koszty produkcji się zwrócą, że przez znaczną część publiki zostanie doceniony. Powody, aby tak myśleć, są co najmniej dwa. Pierwszy to fakt, że najnowsze dzieło Johna Wellsa jest adaptacją nagrodzonej Pulitzerem błyskotliwej i bardzo popularnej na Broadway’u sztuki Tracy’ego Lettsa o tym samym tytule. Drugi to zebranie przed kamerami aktorskiej śmietanki, na czele z Meryl Streep, Julią Roberts i Juliette Lewis. Znalazłby się jeszcze trzeci powód, mianowicie zamknięcie wyrazistych aktorskich osobistości w ograniczonej przestrzeni i pozwolenie im na to, aby wcieliły się one w członków rodziny nabrzmiałej pretensjami, zadawnionymi urazami, tajemnicami oraz pragmatycznym i/lub wojowniczym spojrzeniem na świat. Rodziny, której wisienką na torcie jest uzależniona od medykamentów i niezwykle ekspresyjna seniorka rodu. Czytaj dalej

Brud

Świnia cierpiąca

Bruce Robertson (James McAvoy) patrzy w moje oczy. Patrzy z pełną perfidii świadomością, że jego wzrok powoduje mój dyskomfort. Nie pozwala mi być bezkarnym podglądaczem, wygodnie siedzącym w kinowym fotelu. Jego wzrok sprawia, że zaczynam się niepokoić, a włoski jeżą mi się na karku. Czuję, że coś jest nie tak. Jeszcze nie wiem co, ale nie wątpię, że wkrótce się dowiem i że ta wiedza nie będzie przyjemna.

Bruce, policjant miejskiego wydziału kryminalnego w Edynburgu to główny bohater Brudu (Filth, 2013) Johna S. Bairda – nakręconego na podstawie Ohydy Irvine’a Welsha, autora m.in. kontrowersyjnej powieści Trainspotting, zekranizowanej w 1996 roku przez Danny’ego Boyle’a – a także jego narrator i przewodnik widza po szkockim mieście i brudach tego świata. Czytaj dalej

Magia w blasku księżyca

Magic made by Allen

Klimatyczny, uroczy, nastrojowy, tajemniczy… Gdy myślę o najnowszym filmie Woody’ego Allena Magia w blasku księżyca (Magic in the Moonlight, 2014) właśnie takie określenia przychodzą mi do głowy. Chociaż najchętniej, nie bacząc na to, że niemal identyczne słowa wystąpią w tak krótkim odstępie w jednym akapicie, napisałabym po prostu, że jest to obraz magiczny. Zresztą, trudno, aby było inaczej, wszak film Allena opowiada właśnie o magii, zarówno tej w wydaniu kuglarskim, jak i tej, w którą czasem chcemy wierzyć, popularnie zwanej szóstym zmysłem, zdolnościami mediumicznymi i/lub wrażliwością sensoryczną.

Tego lata nowojorski reżyser opuścił amerykańskie i europejskie wielkie miasta na rzecz prowincji usytuowanej na południu Francji. Stał się także staroświecki, co zdeterminowała fabuła umieszczona w 1928 roku, charakterystyczna, trącąca myszką muzyka, bujne ogrody, stare rezydencje, opuszczone obserwatorium i zadymiony klub z szansonistką parodiującą występy Marleny Dietrich. Czytaj dalej

Podróż na sto stóp

Duża zawartość cukru w cukrze

Mam takie piękne, ale nierealne do spełnienia marzenie: aby ci, którzy nagminnie robią komórkami zdjęcia tego, co akurat spożywają i umieszczają je na Facebooku, obejrzeli Podróż na sto stóp (The Hundred-Foot Journey, 2014) Lassego Hallströma; żeby zobaczyli, co rzeczywiście jest warte uwieczniania, a co jest już nie tyle śmieszne, co żałośnie lansiarskie; aby dotarło do nich, że fotografie dań winne być umiejscowione w książce kucharskiej, a nie w social mediach, podobnie jak kadry z dorodnymi pomidorami i detalicznym przedstawieniem wnętrza jajka pasują do bajki o uniwersalnym przesłaniu „kuchnia łagodzi obyczaje”, a nie do filmu, którego docenią canneńscy krytycy. Czy już zniechęciłam „żarciowych fotografów” do lektury tego teksu? Znakomicie. Zatem zapraszam do przeczytania recenzji tych, którzy w knajpach nie nadużywają aparatów w swoich komórkach.

Bohaterami Podróży na sto stóp są członkowie licznej indyjskiej rodziny, którzy zostali zmuszeni do emigracji z kraju. Przeżycia mają dość traumatyczne, dość nadmienić, że ukochana matka i żona (Juhi Chawla) niedawno osierociła dzieci i męża, ginąc w pożarze. Czytaj dalej

Zacznijmy od nowa

Muzyka łagodzi obyczaje

Pięknie wyglądają Keira Knightley i Mark Ruffalo w najnowszym filmie Johna Carneya Zacznijmy od nowa (Begin Again, 2013). I nie mam tu na myśli wyłącznie ich urody, która – przynajmniej dla mnie – jest sprawą oczywistą, ale przede wszystkim energię jaką ich twarze emanują, gdy grani przez nich bohaterowie odnajdują się w tym co robią, odkrywają sens w życiu, a także przyjemność przebywania w swoim towarzystwie.

Niby to wszystko już gdzieś było: ona młoda, zbuntowana, zawiedziona związkiem z mężczyzną; on sterany życiem rozwodnik, zbyt często zaglądający do kieliszka, a na dodatek właśnie stracił pracę. On się nią zachwyci, ona będzie przez jakiś czas nieufna, by ostatecznie odkryć wspólne z nim pasje, zaufać mu i po pewnym czasie zmienić i siebie, i jego, na lepsze… Jednak Zacznijmy od nowa, mimo podobnego schematu, nie jest filmem tak banalnym jak się wydaje. To kino nie tylko ciepłe, pełne pozytywnej energii i nieco naiwnego zilustrowania spełniania się marzeń, lecz także świeża i bezpretensjonalna produkcja mająca wyraźne znamiona artystycznej perełki, na dodatek nie do końca przewidywalnej fabularnie.  Czytaj dalej

Przychodzi facet do lekarza

Przychodzi dziwak do widza

Gdyby Louis de Funès nadal żył, niedawno skończyłby 100 lat. Tego wybitnego aktora komediowego, znanego chociażby z filmowej serii o żandarmie z Saint-Tropez czy z kultowego obrazu Skrzydełko czy nóżka (L’aile ou la cuisse, 1976, reż. Claude Zidi) nie zastąpi nikt. Ale coraz częściej, wśród wielbicieli ekranowych śmieszności, pojawiają się komentarze, że z filmu na film coraz bardziej zaczyna dorównywać mu Dany Boon, były uliczny mim, a obecnie jeden z najbardziej rozchwytywanych komików estradowych, a także aktor filmowy, reżyser i scenarzysta, którego najnowszy film, Przychodzi facet do lekarza (Supercondriaque 2014), od niedawna gości na ekranach naszych kin.

W swoim najnowszym dziele francuski artysta wciela się w rolę czterdziestoletniego Romaina Fauberta, z zawodu fotografa medycznego, a z przypadłości – niemożliwego wręcz do zniesienia hipochondryka. Jego mieszkanie jest wyposażone równie kompletnie, co rasowa apteka, towarzyskie sylwestrowo-noworoczne pocałunki są dla niego – z powodu możliwej roszady bakterii – przeżyciem traumatycznym, z kolei płyn antybakteryjny stanowi dla Romaina absolutne kieszeniowe must have, a zwierzęta domowe urastają do miana potworów z tych samych przyczyn, co wspomniane całusy. Czytaj dalej