Anna Fryczkowska „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)”

Babski kryminał (nie myląc z damskim)

Lekko nietrzeźwe kobiety w większej grupie zawsze są zbyt głośne, zbyt wylewne i zbyt rubaszne, trochę nawet obrzydliwe.

Przyznam, że nie rozumiem. Nie rozumiem, jak autorka, która w rozmowach z dziennikarzami sprawia wrażenie osoby inteligentnej, oczytanej i uświadomionej kulturowo, mogła urodzić takiego kryminalnego potworka jak Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki). Anna Fryczkowska, bo o niej mowa, utkała powieść kryminalną nie tyle damską, nie kobiecą nawet, ile babską. Wbrew pozorom określenia te nie są synonimami. I wcale nie trzeba namiętnie rozczytywać się w literaturze pisanej przez kobiety dla kobiet, aby zorientować się, kiedy rzeczywistość przedstawiona w niej jest płasko, błaho, czarno-biało oraz kiedy wpycha tłukiem do głowy topornie wyłożone nauki. Takim tłukiem, jakiego używa w kuchni baba właśnie, nie kobieta, nie dama. Baba, która biega, krzyczy, trajkocze, nadaje na sąsiadkę, a jeszcze bardziej na swojego chłopa. Wracając, nie trzeba się rozczytywać w literaturze typu „kobiety kobietom”, aby wiedzieć, kiedy się wcina książkę przypominającą lukrowany pączek pełen pustych kalorii. Wystarczy mieć w miarę ruchliwe szare komórki.

Anna Fryczkowska / Fot. Monika Motor.

Otóż właśnie, szare komórki. Herkules Poirot. Agata Christie. Powieści cenionej Brytyjki rozgrywające się w zamkniętej przestrzeni, kiedy mordercą MUSI okazać ktoś z aktualnie zajmujących ją osób. Ustami swoich bohaterek Fryczkowska przywołuje najsłynniejsze powieści Lady Agaty, tak, żeby nie było żadnych wątpliwości intertekstualnych i o których każda baba musiała słyszeć. Bo taką Tajemnicę Sittaford, klimatycznie najbardziej do Sześciu kobiet zbliżoną, mniejsza ilość pań zapewne kojarzy, więc o niej wspominać się nie godzi. Ale dobra, bez wymądrzania już. Odniesienia mamy więc oczywiste. I do tych zacnych odniesień Fryczkowska jakościowo nie dociągnęła nawet w połowie. Dlaczego? Ano, ponieważ elementy posuwające akcję do przodu umieściła w głowach i myślach bohaterek oraz rozkrzyczanych, trajkoczących, nienaturalnie śmiechliwych tudzież gorzkich dialogach ich autorstwa. Ich, czyli kilku podpitych pań w średnim wieku, którym daleko do solidności analitycznych wnioskowań już nawet nie Poirota, ale przeciętnego detektywa amatora dowolnego zawodu, który przecież także w kryminałach się pojawia. Co gorsza, postać, która najczęściej wysuwa się na pierwszy plan, czyli autorka powieści kryminalnych o imieniu Alka, mimo niewątpliwie żywego umysłu co rusz wpada w pijacką paranoję, grzebiąc w cudzych torebkach, pokojach, marszcząc podejrzliwie czoło i tuptając za koleżankami, które kolejno podejrzewa. Przy czym w dopracowywaniu szczegółów, które bez pardonu lekceważy („Oj, kurde. Czepiasz się”) pomaga jej nie kto inny, jak owe koleżanki właśnie, w przeciwnym razie konwencja runęłaby niczym domek z kart. Chcieliby Państwo czytać kryminały autorki, która w ten sposób traktuje gatunek i czytelników?

Proszę mnie dobrze zrozumieć: ja kapuję, że taki właśnie był zamysł, wszak przerzucanie podejrzeń na kolejnych uczestników dramatu to jedno z najpopularniejszych kryminalnych zagrań. Jednak nic na to nie poradzę, że lektura, którą właśnie skończyłam czytać, jest błaha, głupia nawet, a jeśli nie głupia, to przynajmniej ogłupiająca. Ja rozumiem: lekko, weekendowo, wakacyjnie, zabawnie, a przy okazji morderczo, złodziejsko tudzież spiskowo. Też czytuję powieści Chmielewskiej. Jednak nie rozumiem kanonu złożonego z ustaleń: babsko, chaotycznie, psiapsiółkowo, antymęsko, rajstopkowo, szpileczkowo tudzież dosadniej – cipkowo. Biegają te pańcie po domu, gdakają, opychają się kabanosami, piją alkohol na litry, włażą na nieswoje fejsbuki, dreptają obcasami w krwi ofiary, wyrzucają przez okno narzędzie zbrodni… Mało tego, przewracając kolejne strony Sześciu kobiet wkraczamy do świata, który afiszuje się z tym, jakże to jest lepszy od mężczyzn i ich rzekomej zasadniczości, w której nie ma miejsca na emocjonalność, a nieustannie o facetach ciamka, nadaje na nich, płacze przez nich, zawdzięcza im wypasione domy i sprzęty, gotuje im etc. On mnie uderzył, ale mi się należało; nie golę nóg, bo go kręcą włochatki; wiesz, nie powinnam ci była doradzać, żebyś ratowała swoje małżeństwo. I ta konkluzja niemal młotem do głowy: drogie panie, nie warto poświęcać życia chamowi/zboczeńcowi/bokserowi/niewiernemu/egoiście… Jedna z użytkowniczek portalu Lubimy Czytać nazwała te elementy powieści Fryczkowskiej dydaktycznym smrodkiem. Doprawdy, sama nie mam na to lepszych słów. I choć zgadzam się z samym przesłaniem, tak nie zgadzam się na babin tłuk, który będzie mi je grzmocił do głowy, póki nie usłyszę w niej echa. Nie zgadzam się, ponieważ umiem myśleć samodzielnie i nie cierpię, jak z czytelnika robi się idiotę i za pomocą powieści gatunkowej przesadnie, dosłownie niemal rozprawia się z własnymi mniemaniami i filozofiami. Nie temu służy sztuka, w tym literatura. Temu służą czytadła.

Wniosek jest oczywisty: Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki) jest czytadłem. Takim babskim, kioskowym, bez krztyny testosteronu, które winno być dodane gratis do „Życia na Gorąco” czy innego pisemka z celebrytami, panoramicznymi krzyżówkami i przepisami na maseczki z ogórka (skład: świeży ogórek), a nie sprzedawane jako samodzielny produkt. I chociaż potencjał ta powieść miała niewątpliwie spory (już sama przestrzeń – duży dom na odludziu zasypany śniegiem – robi klimat, że nic, tylko ciąć nożem), wychylające się w miarę postępu lektury sekrety bohaterek są frapujące (a na pewno bardzo bolesne), a pomysł na rozwiązanie wątku kryminalnego fikuśny i całkiem dorzeczny (to ostatecznie podniosło moją ocenę), tak podanie tego wszystkiego przywodzi na myśl chlaśnięcie chochlą porcji zupy, z której połowa rozlała się poza talerz.

A teraz wersja w języku krytycznoliterackim: Banalność spostrzeżeń na temat stosunków damsko-męskich łączy Fryczkowska z dość wymęczonym, drugiej świeżości komizmem, a intertekstualność jej powieści szyta jest na słowo i miast zgrabnie komponować się z wspominanymi dziełami Christie, wypada na ich tle żałośnie, egzaltowanie, niepoważnie i błaho. Nie pomaga też próba rozpracowania światka polskich kryminopisarek z Katarzyną Bondą na czele (bo mniemam, że to ją autorka ma na myśli, pisząc o ładnej blondynce, która ma pieczątkę z wyrytym na niej tytułem królowej), do czego Fryczkowska zabrała się niby półżartem, a w konsekwencji po łebkach. Bondo, widzisz to i nie grzmisz? Ja grzmię. I czytadłu Anny Fryczkowskiej mówię: NIE.


Moja ocena: 4/10

Natomiast obiektywnie rzecz biorąc…

Wniebowzięci będą: czytelniczki, które nie lubią myśleć samodzielnie; odbiorcy spragnieni odmóżdżenia tudzież naiwni; dopuszczam możliwość, że nastoletnie dziewczyny, czytające o starszych od siebie przedstawicielkach płci pięknej trochę z ciekawości, trochę z poczucia wyższości wynikającego z nieskażonej młodości, a trochę ku przestrodze.

Kręcić nosami będą: wielbiciele Agaty Christie i szanującego się kryminału w ogóle; każdy jeden mężczyzna, a przynajmniej mnie się w głowie nie mieści, który pan byłby w stanie to babskie ciamkanie znosić z własnej woli.


Anna Fryczkowska, Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki), Burda Książki, Warszawa 2016.

Advertisements

One thought on “Anna Fryczkowska „Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s