O dobrym uczynku, co kopnął twórcę w tyłek, czyli felieton analitycznie zaangażowany

Tekst dedykuję człowiekowi, z którym korespondencja okołofilmowa, nabrzmiała od pytań i tropów, pomogła mi otworzyć głowę i znaleźć w Na granicy więcej, niż się spodziewałam. Bez wymiany maili z nim, ten tekst z pewnością wyglądałby inaczej.

Problem z filmem Na granicy Wojciecha Kasperskiego zasadza się na jego kreacji w mediach, w tym tej rozpowszechnianej przez samego reżysera. W wywiadach baja on, że zrobił obraz o dojrzewaniu, inicjacji, o nabieraniu męskich cech w ekstremalnych warunkach, o – jak sam tytuł wskazuje – nie tylko fizycznym umieszczeniu człowieka na geograficznym pograniczu, lecz także przekraczaniu jego prywatnych, duchowych granic. W promocyjnej publicystyce jest także mowa o gatunkowym thrillerze na tle nieprzyjaznych i surowych Bieszczad. Skojarzenie ze skandynawskością – cokolwiek to określenie w naszych biało-czerwonych warunkach oznacza – rodzi się w odbiorcy aż miło. Podchwytują to dziennikarze, recenzenci, widzowie, a następnie, najwyraźniej pojmując film zerojedynkowo. jeden z drugim burczy o konceptualnych brakach i rażącej konwencjonalności. Jakże mi ich żal. Wszystkich! Z twórcą na czele, który mówi jedno, a zrobił co innego. Albo też mówi jedno, zrobił to, o czym mówi, a ja się bardzo mylę. Niech zatem tekst ten będzie o tym, jak bardzo się mylę. Niech stracę.

Historia jest… cóż, w dosłownym odbiorze rzeczywiście konwencjonalna. Wprowadzenie w treść czynię tu dla porządku, jako podanie łapy jej nieświadomym – to dla nich będę starała się tu nie spojlerować, chociaż przytaczanie scen wprost wiele by mi ułatwiło – a nie w ramach recenzenckiego schematu, bo przecież czuję, że ten tekst recenzją nie będzie, a nacechowaną emocjami felietonistyczną wypowiedzią. Jest zatem ojciec i dwaj synowie, którzy przeżyli traumę, jaką była dla nich śmierć żony i matki. Wybór miejsca do wylizywania ran i nabierania krzepy pada na bieszczadzkie pogranicze, gdzie Mateusz (Andrzej Chyra), zanim pogrążył się w czarnej rozpaczy po stracie życiowej partnerki, przez lata pracował. Praca to nie jedyne, co wówczas stracił. Relacje ojca z synami są chłodne i szyte na siłę, Mateusz wyraźnie przestał swoim dzieciom imponować jako mężczyzna i głowa rodziny. Zwłaszcza starszy z synów, Janek (Bartosz Bielenia), otwarcie przeciwstawia się ojcu i hołdowanym przezeń wartościom, a wypad w Bieszczady nie jest dla niego wilczą wyprawą w drodze ku męstwu, a kłopotliwym i niechcianym turnusem. Do czasu, póki na jego drodze nie stanie tajemniczy Konrad (Marcin Dorociński), któremu ojciec postanowi udzielić schronienia.

Ktoś kiedyś powiedział, że dobre uczynki okrążają Ziemię, by wrócić do darczyńcy i kopnąć go w tyłek. Nie inaczej jest z bohaterami filmu Na granicy, postrzeganym głównie jako typ widowiska home invasion i nic poza nim. Nie inaczej jest z samym Kasperskim, który swoją spolegliwością w wywiadach najwyraźniej chciał zrobić dobrze wszystkim wokół, tylko nie sobie i swojemu pełnometrażowemu debiutowi. Biada twórcy, który dla wątpliwej jakości poklasku ubiera w Gombrowiczowską gębę swoje dzieło. Biada mu, jeśli, pozwoliwszy zdolniejszym pomóc sobie w osiągnięciu efektu końcowego, nie zapoznaje się z ich poprawkami i nie stara się ich zrozumieć. Bo pytanie, jakie należy sobie zadać na początek, brzmi: czy Kasperski rzeczywiście napisał scenariusz Na granicy samodzielnie? A pytam o to, bo tylko niesamodzielność i nieświadomość albo skrajna medialna ugodowość mogą tłumaczyć taką ignorancję wypowiedzi, jaką ten twórca przejawia. Przecież dzieło, pod którym się podpisał, to thriller i film o nader gwałtownej inicjacji w dorosłość zaledwie po części. Mniejszej części, zaznaczę. Natomiast gdy spojrzymy nań chirurgicznym okiem i zrobimy mu operację na otwartym sercu, wyjdą z Na granicy kulturowe symbole, a piętrzące się znaczenia zaczną zmierzać – wbrew wymowie słowa „piętro” – do od zarania towarzyszących człowiekowi psychicznych podziemi. Do zaprzeczania i potwierdzania męskości, do kobiecego pożądania samca alfa, do przegranych ideałów w kontekście nie trudów życia nawet, a banalnego braku uznania z zewnątrz.

Marcin Dorociński i jego samcze wcielenie.

Marcin Dorociński i jego samcze wcielenie.

Świeżo po seansie wpadł mi w ręce tekst Bartosza Żurawieckiego opublikowany w magazynie „Kino” (można go przeczytać tutaj), w którym tenże filmoznawca powołuje się na tezę Elisabeth Badinter o potrójnym zaprzeczeniu kształtującym tożsamość mężczyzny w kulturze. W wielkim skrócie: nie jestem kobietą, nie jestem dzieckiem, nie jestem gejem. Jakież to proste! I jak w kontekście Na granicy akuratne. Nagle wszystkie wątpliwej jakości odzywki bohaterów zaczynają nabierać głębszego znaczenia, czy to wyzwiska Konrada kierowane w stronę subtelnego Janka, czy zaznaczanie przezeń przerośniętej, ale wciąż dziecięcości, młodszego z filmowych braci, Tomka (Kuba Henriksen). Idźmy dalej, bo przecież nie zamierzam tu kopiować spostrzeżeń Żurawieckiego. Idźmy dalej i zastanówmy się, dlaczego do roli protagonistów i przeciwników na śmierć i życie człowiek odpowiedzialny za casting wybrał odtwórców o takich, a nie innych fizycznych atrybutach: męskiego, zmysłowego i odpowiednio na tę okazję zarośniętego, uwielbianego przez żeńską cześć publiczności nie tylko za aktorski talent Dorocińskiego oraz delikatnego, nazbyt subtelnego i gładkiego, eterycznego Bielenię? Odpowiedzi krzyczą do widza za pomocą banalnych do rozszyfrowania symbolicznych scen, takich jak litościwe dobijanie sarny czy picie samogonu. Jan za nic ma rycerskie morale ojca, nie chce też z nim ani z jego kolegami pić i wznosić toastów. Z Konradem już chce. A przecież mu nie ufa. Mało tego: na poharatanego, wytatuowanego więziennie, puszczającego bezceremonialne słowne wiązanki, buzującego testosteronem Konrada patrzy z fascynacją i większym oddaniem, niż w czyste i uczciwe oczy własnego ojca. W czym rzecz? Czyżby Janek się zauroczył? Zaryzykuję odpowiedź, że tak, jednak nie kwestia poprawności politycznej i poszanowanie inności seksualnej są tu przemycane, a przyporządkowanie roli kobiecej delikatnemu fizycznie bohaterowi, który wyrzuci na śmietnik ojca-rycerza, a wybierze bratanie się z samcem alfa. Wszak Konrad jest dużo ciekawszy i większe obiecuje emocje od moralnego, płaczącego nad szklanką samogonu „starego”. Życie, samo życie, niedoświadczone życiowo pannice też wolą drani, przy których czeka ich gorący seks i emocjonalna huśtawka, by po latach, z poharatanymi sercami, na nowo poszukiwać swoich rycerzy, dżentelmenów, opiekunów.

Bartosz Bielenia jako gładkolicy Janek - czyżby wariacja na temat Doriana Graya?

Bartosz Bielenia jako gładkolicy Janek – czyżby wariacja na temat Doriana Graya?

Jeśli przyjąć, że Na granicy nie ma wydźwięku gejowskiego – że homoseksualizm tylko w zaprzeczaniu mu tu egzystuje – odkryjemy przypowieść o kulturowych oznaczeniach męskości oraz międzyludzkich grach, gdzie kobieca rola również należy do mężczyzny, przemycającego cechy zarówno męskie, jak i żeńskie, a nawet po czarnokryminalnemu kobiecofatalne, wszak to Janek niefrasobliwie wyzwala zło z okowów, i to, które nadeszło z zewnątrz, i to obecne w nim samym. Kasperski konsekwentnie omija panie jako takie w swojej wizji, czyniąc z nich postaci tła, które pojawiają się i znikają bądź ofiarniczo giną w zawierusze wydarzeń. Jego film to bezceremonialne w słowach i gestach bohaterów kino, z Bieszczadami jako symbolem samczej jaskini. Jest bezpardonowo, surowo, kliszowo, a rozgadanej psychologii jako takiej – co jest kulturową domeną kobiet przecież – tutaj jak na lekarstwo. Wiemy, że tragicznie zmarła żona i matka, ale nie wiemy w jakich okolicznościach. Wiemy, że Mateusz miał roczny urlop z tego powodu, ale nie wiemy, w jaki sposób się załamał. Widzimy napięcie pomiędzy nim a dawnym kolegą pogranicznikiem, Dzidkiem (Janusz Chabior), ale nie wiemy, co oznacza wymiana ich spojrzeń. Mamy też postać Lecha (Andrzej Grabowski), której przemiana jest przedstawiona cokolwiek skrótowo. No i, rzecz jasna, dostrzegamy nie dość emocjonalnie zarysowaną relację pomiędzy braćmi. Te realizacyjne – chcę wierzyć, że świadomie uknute – usterki sugerują, że nie o to w tej historii chodzi. Podobnie jak nie o tajemnicę Konrada, która, gdy w końcu mgliście się objawi, dla widzów nastawionych na thriller okaże się niewystarczająco satysfakcjonująca, maźnięta niedbale pędzlem na trzecim planie i nie dość rozbudowana.

A gdyby ci nastawieni przez chwilę się zastanowili, dlaczego tak jest? Odłożyli rzekomą nadrzędność opowieści o inicjacji w gatunkowej ramie na rzecz niespójnego zachowania Janka, który, przejawiając skłonności pacyfistyczne, stopniowo popada w anarchię, gdy mu się po jego osobistej pacyfce depcze, nie pozwalając na uboczu spokojnie palić papierosa i czytać książki? O, właśnie, co czyta nasz gładkolicy chłopiec, quasi-androgyn? Pewna mądra głowa zadała mi to pytanie, które rozdzwoniło mi się głowie. Dwa, trzy tytuły narzucają się same przez się. Z Portretem Doriana Graya na czele, w odniesieniu do widocznej w kadrze oszpeconej, niegdyś subtelnej twarzy. Ciało Janka samo dla siebie jest obrazem, odwzorowaniem duszy jego właściciela. Ale nie upieram się tutaj przy jedynej słusznej lekturze bohatera, tym bardziej, że w kadrze mignął fragment książkowej strony, mignął zbyt szybko. Czekam na wersję DVD zatem… i zarazem nie czekam. Bo świetną zabawą jest układać sobie samemu te wzgardzone przez tak wielu puzzle, nawet za cenę nieścisłości. A że warto, że to bardziej skomplikowana niż się z pozoru wydaje układanka – co do tego nie mam wątpliwości.

Andrzej Chyra, czyli rycerz przegrany - niech mnie diabli, jeśli ten uśmiech wyraża ojcowską dumę.

Andrzej Chyra jako rycerz przegrany – niech mnie diabli, jeśli ten uśmiech wyraża ojcowską dumę.

Coraz cieplej myślę o tym zimnym filmie. Mimo kilku niepotrzebnych scen i zostawionych odłogiem wątków, mimo pewnego twórczego niezdecydowania – co podpiera przypuszczenie, że scenariusz pisały co najmniej dwie osoby – wreszcie, mimo ustępstw na rzecz mainstreamu, które przeciwko niemu się zwróciły. Ostracyzm widowni znajdziemy wszędzie, na Filmwebie chociażby. Mało wymagające interpretacje również. Doprawdy, żal pupę ściska, gdy przychodzi czytać komentarze kinomanów, te wszystkie odkrywcze spostrzeżenia, że „na końcu ojciec uśmiecha się, bo jest dumny z syna, który stał się mężczyzną”. A przecież uśmiech rodziciela w finale jest nie tyle zadowolony z przedłużenia swoich genów, ile niepewny i uniżony. Bo Mateusz przegrywa jako mężczyzna, ojciec i piewca rycerskości w momencie, gdy chowa za pasem broń należącą do samca alfa Konrada. A Jan nie tyle dojrzewa, co rozbija pulę Zła w momencie, kiedy fabuła przewrotnie zatacza koło, a wizualnie nawiązuje do początkowej sekwencji z sarną nie tylko z prologu omawianego filmu, lecz także z Poza Szatanem (2006) Brunona Daumonta, gdzie w sąsiedztwie sarny na domiar obecny jest kamień. Jeżeli obierzemy ten trop, ciche Zło triumfujące w Na granicy przestanie być tak oczywiste, a nawet zamieni się w litościwą boskość na tle obrazu natury totalnej. Taki to przewrotny film! Ale ja tu się rozgaduję, a Państwo siedzą przed komputerami, tymczasem Na granicy za chwilę zniknie z afisza, bo ludziska gadają, że kiepski, że tylko agresywny Dorociński i zdjęcia Łukasza Żala trzymają poziom. Idźcie już stąd zatem, zmykajcie do kin, póki czas!


Na granicy, 2016, prod. Polska, scen. i reż. Wojciech Kasperski, wyst.: Andrzej Chyra, Marcin Dorociński, Bartosz Bielenia i in.

Za seans dziękuję

images

Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s