The Walk. Sięgając chmur

Thewalk-plakat

Piotruś Pan na linie

Philippe Petit (Joseph Gordon-Levitt) stoi na szczycie Statui Wolności i uśmiecha się do widza. Ale mam dla was niespodziankę! – zdają się mówić jego lekko zmrużone oczy. I rzeczywiście, ma dla spoglądających na niego niespodziewany dar: oto zaczyna roztaczać przed odbiorcami wizję opowieści o sobie samym w nietuzinkowy, bo baśniowy sposób. Powszechnie znane fakty składające się historię wypełnioną marzeniami i zdeterminowaniem, która zostaje zjawiskowo sfinalizowana na wysokości czterystu piętnastu metrów, przedstawia w nierzeczywisty, bo podkolorowany i wystylizowany, a co za tym idzie przeczący rzetelnie opowiedzianemu życiorysowi sposób… W sposób, który staje się pretekstem do wypełniania ekranu tym, co jest sednem kina, a zarazem sercem technologii 3D – pięknymi ruchomymi obrazami imitującymi rzeczywistość w możliwie najwierniejszej postaci.

The Walk. Sięgając chmur (2015) to zabawa kinem, radość z tworzenia filmu, zarówno w sensie artystycznym, jak i rzemieślniczym. To wytarta do cna opowieść z gatunku from zero to hero opowiedziana z artystowską fantazją, która skutecznie jej przewidywalność przesłania. Zresztą, czy można się temu dziwić? Robert Zemeckis od zawsze miał dar do opowiadania i tworzenia niebanalnych narracji, przystępnych, a zarazem skonstruowanych w tak oryginalny sposób, że po skończonym seansie widz miał problem z powrotem do rzeczywistości. Źródłem tego niewątpliwego talentu amerykańskiego reżysera jest jego umiejętność łączenia na pozór niepasujących do siebie środków filmowych, składających się na tak sprzeczne do osiągnięcia wartości, jak naiwna opowieść, podrasowana rzeczywistość oraz fantazja, które zestawione w swoim bezpośrednim sąsiedztwie zyskują nową jakość. Jakby tego było mało, zestawienia te, których zadaniem jest dotarcie do mainstreamowego widza i zagarnięcie go do uniwersum filmowych bohaterów, a przy okazji napchanie producenckich kabz – nierzadko potrafiły zyskać znamiona porywającego wykładu na temat życia, a nawet artyzmu. The Walk, podobnie jak filmowa trylogia Powrót do Przyszłości (1985, 1989, 1990) czy filmy Ze śmiercią jej do twarzy (1992) oraz Forrest Gump (1994), jest właśnie taką hybrydą łączącą skrajnie odmienne twórcze filozofie: rzemieślnictwo i złoty palec króla Midasa oraz piętno artysty.

Baśniowa forma opowieści niespodziewanie odświeżyła znaną wszystkim historię.

Baśniowa forma opowieści niespodziewanie odświeżyła znaną wszystkim historię.

Zemeckis, konstruując filmowy życiorys linoskoczka, performera i – tak! – największego artystycznego przestępcy wszech czasów, Philippe’a Petita, postanowił nie dać widzowi tylko (i aż) czekać na widowiskowy finał, czyli pamiętne przejście artysty po linie rozpostartej pomiędzy bliźniaczymi wieżami WTC. Wspomniana baśniowa forma przejmuje najważniejsze składowe filmu – bohaterów, miejsca akcji, przechodzenie od jednego punktu opowieści do drugiego – już od pierwszych sekund opowieści. Gordon-Levitt przemawiający do widza z francuskim akcentem pozuje na owładniętego marzeniem wygrania z grawitacją (i przyziemnością) Piotrusia Pana; Paryż, dla którego opuszcza dom rodzinny, to seria nieco odrealnionych, szybko następujących po sobie quasi-skeczy (znajdzie się nawet miejsce dla mimów i slapsticku); Nowy Jork natomiast, do którego bohater rychło się udaje wraz z ukochaną i kolegami, jest jego Nibylandią, w której nad wyraz szybko się odnajduje, a jeszcze szybciej kompletuje kolejnych dziwacznych, oderwanych od rzeczywistości pomocnych znajomych niezbędnych do osiągnięcia upragnionego celu – skoku na najwyższe wówczas, czyli w 1974 roku, budynki na świecie. Przy czym słowo „skok” należy w tym przypadku traktować z przymrużeniem oka, wszak nie o rabunek w tej opowieści chodzi, ale o bardzo wyjątkowe przestępstwo, do którego przygotowania przybliża widzowi układ wydarzeń charakterystyczny dla sensacyjnych fabuł z rodzaju heist movie.

Biograficzna baśń w stylu heist movie – czy to w ogóle ma rację bytu? Tak, o ile widz przyjmie zasady, według których Zemeckis zdecydował się opowiedzieć o wyczynie Petita. Co prawda produkcja nie obeszła się bez typowo hollywoodzkich elementów, takich jak po łebkach potraktowany wątek romansowy, komediowe wtręty niekoniecznie wysokich lotów, symbolika USA jako innego i lepszego świata czy postać surowego, ale w głębi ducha poczciwego mentora (Ben Kingsley w roli Papy Rudyego), jednak kluczem do uniwersum The Walk jest z emfazą i koturnowo wygrany główny bohater. Gordon-Levitt nie szczędzi wysiłków, aby schować swoją amerykańskość do kieszeni i przeistoczyć się w pretensjonalnego Francuza i przerysowanego człowieka sztuki rodem z dowcipów. Filmowy Philippe jest egoistyczny, dumny i manieryczny, ale również pełen pasji i zdeterminowany, by wprowadzić szaleńcze marzenia w życie. Krótko mówiąc – karykatura artysty, którego trudno polubić, ale którego konsekwencję i umiejętność dopasowywania świata do siebie, a nie tylko zmagania się z jego przeszkodami, nie sposób nie szanować. Przy czym potyczki bohatera z przeciwnościami Zemeckis fabularnie sprowadził do minimum. Na pierwszy plan wysunął bowiem kształtowanie przez Petita otoczenia pod swoje potrzeby, co symbolicznie ukazane zostało za pomocą rozciągniętego w dłoniach Philippe’a sznurka wyznaczającego kolejną powietrzną trasę do przebycia. Trasę, którą rzecz jasna pokona.

Petit (Gordon-Levitt) to wizjoner podporządkowujący sobie świat. Ten kawiarniany projekt niebawem wprowadzi w czyn.

Petit (Gordon-Levitt) to wizjoner podporządkowujący sobie świat. Ten kawiarniany projekt niebawem wprowadzi w czyn, o którym usłyszy świat.

Skoro kształtowanie świata, skoro wizjonerstwo, to dlaczegóż by nie uznać uniwersum The Walk za kreację chłopięcego, „piotrusiowopanowego” umysłu? Niech będzie, że świat ten jest uproszczony i ukazany nieco na wyrost, ale nie sposób odmówić mu tego, że jest kompatybilny z postacią kreowaną przez Gordona-Levitta, z podporządkowanymi protagoniście bohaterami (jak oni szybko i bez pytań na wszystko się zgadzają!) i z wypełnianym punkt po punkcie heistowskim planem; z krwawiącą raną na stopie, która w jednym ujęciu jest widoczna, a w drugim, kiedy bohater o niej zapomina, już nie; z liną, której wiązania zaczynają szwankować akurat w tym momencie, w którym o ich ewentualnej zawodności Petit pomyśli. Przyjmując za klucz do fabuły umysł głównego bohatera i zarazem narratora, dziecięcość i naiwność baśni wykreowanej przez Zemeckisa zyskuje drugie piętro znaczeniowe, na które już narzekać trudniej.

Philippe Petit w chwilę po zejściu z WTC, 7 lipca 1974 r. / Fot. Richard Corkery, NY Daily News Archive via Getty Images

Oczywiście, jakby nie interpretować bajkowej fabuły The Walk, faktem jest, że Zemeckis, decydując się nakręcić film o wyczynie nie miał innego wyjścia, jak poeksperymentować z formą właśnie. Nagrodzony Oscarem dokument Człowiek na linie (2008, reż. James Marsh) w kwestii wyczynu Petita – który zresztą spajał swoimi wypowiedziami wyobrażenia upamiętniające jego performance – na dobrą sprawę powiedział już wszystko. Zrobienie zatem poprawnej, hollywoodzkiej biografii z obowiązkowymi archiwalnymi zdjęciami protagonistów umieszczonymi przed napisami końcowymi, przypuszczalnie spotkało by się z narzekaniem odbiorców na wtórność i finansową klapą. Ale bajkowa umowność marzycielskiego umysłu i magia rzeczywistości wykreowana kamerą Dariusza Wolskiego i technologią 3D – to jest pomysł godny starego reżyserskiego wyjadacza. Przy czym należy podkreślić, że technikę 3D zastosowano w The Walk nie po to, aby szokować efektem trójwymiarowości samym w sobie – szokuje już sam wyczyn Petita i to wystarczy – ale w celu jak najwierniejszego odwzorowania rzeczywistości, która dla nikogo poza tym jednym jedynym człowiekiem nie była dotąd doświadczalna. Nie będzie na wyrost, jeśli napiszę, że The Walk nie tylko przywraca wiarę w potrzebę zastosowania trójwymiarowych efektów w filmach, lecz także wznosi je na wyższy poziom. Poziom, który sprawia, że podczas finałowego przejścia między wieżami widzom pocą się dłonie, głowa przywiera do oparcia fotela, a osoby cierpiące na lęk wysokości do baśniowej biografii otrzymują w pakiecie film grozy gratis.

„The Walk” przywraca wiarę w technologię 3D.

Omawiając nowy film Zemeckisa, nie sposób odżegnać się od myśli o jego nierozłączności z dużym ekranem i wspomnianą technologią, a co za tym idzie – o przeroście formy nad treścią. The Walk ma braki, które widać zwłaszcza w uproszczonych dialogach, bezceremonialnym porzucaniu przez scenariusz drugoplanowych postaci (co dalej z Annie kreowaną przez Charlotte Le Bon?), czy w próbach objaśniania pragnienia osiągnięcia szaleńczego celu („To było jak znak!”, „Te wieże mnie wzywają!”). Jednak odrobina odbiorczej elastyczności i chęć wejścia do głowy protagoniście – wizjonerowi, osobowości dominującej i egoistycznej, skutecznie te braki niwelują, a niejako nawet tłumaczą. Zemeckis po raz kolejny zrobił film nie tylko lekki i przyjemny w odbiorze, lecz także głęboko przemyślany pod kątem narracyjnym, technicznym (wskazówek udzielał sam Petit) i filozoficznym, a na dodatek przywracający technologii 3D należny jej status i szacunek widza. Krótko mówiąc, The Walk. Sięgając chmur to kawał dobrego, wciskającego w fotel, oryginalnego i zaskakującego filmu. Aż niesamowite, jak bardzo zaskakującego, biorąc pod uwagę fakt, że historia wyczynu Philippe’a Petita jest powszechnie znana.


Moja ocena: 7/10

Natomiast obiektywnie rzecz biorąc…

Wniebowzięci będą: widzowie poszukujący filmowych ciekawostek, wizualnych cukierków oraz ci, dla których technologia 3D jest istotnym dodatkiem do nowoczesnego kina; osoby lubujące się w błyskotliwych, nietuzinkowych narracjach podpartych na pozór nielogicznymi zestawieniami środków filmowych; wieczni chłopcy, Piotrusiowie Panowie i pragnące polatać z nimi Wandy.

Kręcić nosami będą: zwolennicy twardego realizmu i rzetelnie, punkt po punkcie realizowanych filmowych biografii; widzowie poszukujący głębokich psychologicznie treści; osoby cierpiące na lęk wysokości.


The Walk. Sięgając chmur, 2015, prod. USA, reż. Robert Zemeckis, scen. Christopher Browne i Robert Zemeckis na post. książki Philippe’a Petita To Reach the Clouds, wyst.: Jospeh Gordon-Levitt, Ben Kingsley, Charlotte Le Bon i in.

Za seans dziękuję

images

Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s